“Antyzeitgeist” Obalanie, obalenia.

•Kwiecień 1, 2011 • Dodaj komentarz

http://antyzeitgeist.weebly.com/

Proszę bardzo, koło wyciągnięte, lewarka nie ma, jest tylko niespójny film, przeciwko niespójnej polemice.

Czy moja odpowiedź okaże się spójna, dowiemy się wraz z końcem tekstu i mam głęboką nadzieję, iż dacie mi znać co sądzicie w tej kwestii.

Zanim zacznę, muszę się troszeczkę zabiezpieczyć przed możliwymi atakami, otóż:
a) Nie uważam Zeitgeist’a 1 (pierwszej części filmu), za jakieś błyskotliwe objawienie geniuszu, za 100% prawdę, ani też nie uważam, jakoby ten film sukcesywnie i rzetelnie obalał w jakiś sposób religię chrześcijańską.
b) Zdaję sobie sprawę, iż Peter Joseph i współpracujący z nim ludzie, generalizują, nie przedstawiają konkretnych dowodów i odniesień bibliograficznych, odnośnie prezentowanych przez nich treści.
Ludzie ci, w wielu przypadkach nie stanowią autorytetów naukowych
(a już na pewno nie sam pan Joseph) i wszystko o czym mówią w tym filmie, możliwie stanowi TYLKO i wyłącznie ich personalną OPINIĘ i nic więcej.
c) Autor strony antyzeitgeist i zamieszczonego na niej tekstu, również prawdopodobnie nie jest naukowcem, ani doktorem jakiejkolwiek dziedziny powiązanej z treścią filmu, i sam przyznaje, iż zajmuje się tym wyłącznie hobbystycznie.
d) Ja natomiast, TYMBARDZIEJ, w porównaniu do obydwóch tych panów, nie stanowię autorytetu w jakiejkolwiek dziedzinie i w moim przypadku, rzeczywiście – wszystko co tutaj napiszę, należy traktować tylko i wyłącznie jako moją opinię.
Biorąc jednak pod uwagę pewne wyjątki, gdzie możliwie wspomogę się czyjąś publikacją typowo naukową.

Innymi słowy, facet, który zajmuje się MUZYKĄ z “zawodu”, zrobił film przy współpracy z osobami z których, niektórzy to naukowcy.
A następnie facet, który zajmuje się religią i zapewne historią hobbystycznie, postanowił obalić zawarte w tym filmie teorie.
Ja natomiast czytając “polemikę” ze strony antyzeitgeist, dopatrzyłem sie nieścisłości i równie “zmyślnego” operowania słowem na swoją modłę, w przypadku obydwóch panów.
Pierwszy generalizuje i przeinacza, drugi zachowuje się jak typowa osoba wierząca, nie widzi “podejrzanych” (nie traktuj tego na wyrost czasem) konotacji, tam gdzie one rzeczywiście występują, lub bez głębszego wyjaśnienia, pewne rzeczy określa jedynie jako czyste przypadki, które nie mają na nic wpływu.
Dlatego pokwapie się napisać co przykuło moją uwagę i dlaczego,
a wszystko w możliwie, jak najbardziej rzeczowy sposób.

Spokojna muzyczka instrumentalna włączona ?
Coś na przegryche i popite przygotowane ?

No to jedziemy.

NAJWSPANIALSZA HISTORIA KIEDYKOLWIEK OPOWIEDZIANA
Oto Słońce.
Od 10 tysięcy lat p. n. e, historia obfituje w rzeźby i rysunki
wyrażające dla niego szacunek i uwielbienie.
I łatwo zrozumieć dlaczego; skoro każego ranka Słońce wschodzi
przynosząc światło, ciepło i bezpieczeństwo, chroniąc człowieka
od zimna i ataków drapieżników ukrytych w ciemności.
Kultury rozumiały, że bez Słońca, zboże nie wyrośnie,
a życie na ziemi nie przetrwa.
Ta świadomość sprawiła, iż Słońce stało się
najbardziej adorowanym obiektem wszechczasów.

Okej. Tutaj warto zauważyć, że autor przyjmuje naturalistyczne wyjaśnienie religii jako odpowiedź na pewne zdarzenia rozgrywające się w przyrodzie. Nie zamierzam z tym polemizować, ponieważ uważam, że argumentacje zawartą w filmie da się obalić bez odwoływania się bezpośrednio do tego czy chrześcijaństwo jest religią Prawdy. Według mnie wystarczy się odwołać do argumentów historycznych. Tak więc prawdziwość Chrześcijaństwa w sensie religii objawionej nie ma w tym wypadku najmniejszego znaczenia.

Dla ułatwienia, ponieważ ja mam tutaj, do czynienia z dwoma autorami, w przypadku autora filmu, będę pisał “Joseph” albo P.J, a w przypadku pana “obalającego” Michała Pająka, będę pisał po prostu “Michał”.
No niestety, przejdę im na “ty”, bez ich przyzwolenia, bo tak mi wygodnie.

Warto zauważyć, iż ten wstępny popis Michała mija się z celem, owszem, nie ma z czym polemizować, bo we wszelakich religiach, zawsze znajdzie się kilka aspektów, które są dosłownie swoistą interpretacją konekcji – natura, a człowiek i ciężko przeczyć czemuś co stanowi szeroko pojęty fakt.
Na tym etapie, chrześcijaństwo jeszcze ma bardzo niewiele z tym wspólnego, i rzeczywiście nie ma sensu pisać o tym czy ten fragment obala “prawdziwość” chrześcijaństwa jakimś argumentem, bo stanowi on zaledwie WSTĘP do o znacznie głębszej tezy (jakkolwiek naciągana by ona nie była). Słyszał Michał o czymś takim jak wstęp ?
Dalej.

Ludzie byli również bardzo świadomi gwiazd.
Śledzenie gwiazd pozwalało rozpoznawać
i przewidywać wydarzenia,
które mają miejsce w dłuższych cyklach czasu,
takich jak zaćmienia czy pełnie księżyca.
Skatalogowali grupy gwiazd w to, co dziś nazywamy konstelacjami.
Oto Krzyż Zodiakalny, jeden z najstarszych
konceptualnych obrazów w ludzkiej historii.
Przedstawia Słońce i drogę jaką przebywa ono w ciągu roku
przez 12 najważniejszych konstelacji.
Odzwierciedla też 12 miesięcy, 4 pory roku, przesilenia i równonoce.
Termin Zodiak odnosi sie do faktu
nadania konstelacjom ludzkich kształtów, personifikacji: postaci i zwierząt.
Inaczej mówiąc, wczesne cywilizacje
nie tylko podążały za słońcem i gwiazdami
ale personifikowały je, tworząc mity na podstawie ich wyglądu,
ruchu i położenia względem siebie.

Tutaj dalszy ciąg narracji z filmu, a odpowiedź Michała, będę musiał zamieszczać po kilka zdań, bo jest ogromna.
Mógłbym po prostu odesłać do tego fragmentu na jego stronie, ale to niespecjalnie wygodne czytać dwa teksty na raz, plus znacznie lepiej będzie mi “wtrącać” swoje zdanie, dosłownie pomiędzy tekst Michała.

Zatrzymajmy się tutaj na moment i zwróćmy uwagę co sugeruje nam autor i co tak naprawdę jest głównym przesłaniem tej części filmu. Twierdzi on, że człowiek obserwował słońce, przyrodę, gwiazdy, następnie połączył gwiazdy w konstelacje. Później doszedł do wniosku, że gwiazdy ułożone w ten sposób coś mu przypominają tak więc personifikował je i na podstawie tego stworzył mity i bogów. Czy jest to faktycznie kolejność właściwa? Zwróćmy uwagę, że większość mitów starożytnych cywilizacji rzeczywiście odnosi się do pewnych cyklicznych zmian w przyrodzie a także różnego rodzaju zjawisk o charakterze naturalnym. Mamy Słońce jako boga, mamy różnego rodzaju bóstwa związane z piorunami, wodą czy też erupcjami wulkanów. Pojawiają się mity wyjaśniające cykl dnia i nocy czy pór roku. Zwróćmy uwagę, że istnieją kultury o rozbudowanej mitologii, które nie wykształciły poważnej wiedzy astronomicznej. Tak więc twierdzenie jakoby astronomia stworzyła religię wydaje się błędne. W rzeczywistości zdaje się, że religia i astrologia w pewnych kulturach były ze sobą związane i wzajemnie wpływały na swój rozwój.

Let’s – get – PRIMAL.

•Marzec 29, 2011 • Dodaj komentarz

http://i52.tinypic.com/6oj6rp.jpg

Taki o to graph znalazłem, i bardzo mnie cieszy, że jakaś grupa ludzi aktywnie przypomina, dlaczego jesteśmy tacy, a nie inni.
To, że coś należy do bardzo dalekiej przeszłości, nie znaczy, że nie ma już żadnego wpływu.

Part of the Machine – Mechanika Serca

•Marzec 16, 2011 • 2 komentarzy

Nie ma to jak po kilku miesiącach czasu,
powrócić do tego pseudo-inteligentnego gówna, do zawartych tutaj treści.
Użalałem się nad sobą od czasu do czasu, w zasadzie regularnie.
Snułem jakieś wywody na bardzo wiele różnorakich tematów,
wyciągałem swoje, nikomu niepotrzebne wnioski.
Robię to niemal codziennie, ale nie zawsze uważam, że są to przemyślenia na tyle wartościowe aby je upubliczniać.
Szczęście w nieszczęściu – wiele razy przekonywano mnie, iż nie działam na próżno i rzeczywiście jest/był sens w tym wszystkim.
Patrząc na tego “bloga”, tą publicystyczną abominację
(pozwolę sobie bardzo schlebić używając słowa “publicystyczną”),
mam ochotę po prostu go zamknąć, zrobić kopię i zamknąć w cholerę.
Niestety, jest jeszcze bardzo wiele “oczywistych, oczywistości” do przekazania, rzeczy, które na co dzień są raz po raz zapominane.
A ja z jakiejś przyczyny odczuwam powinność, obowiązek, przypominania.
W zasadzie znając mnie dłużej wiadomo z jakich przyczyn, wystarczy prosty przykład:
dany tekst traktuje o naturze jakiegoś problemu, wynikającego głównie z racji, jak już pisałem “zapominania”, odstawiania na drugi plan.
To jest pewien, swoisty “porządek” czyjegoś funkcjonowania.
Trzeba to zaburzyć, nie czułbym się sobą, gdybym się po części nie wpieprzał w takie bagna.
Każdy ma jakieś wady, pewni ludzie starają się nie myśleć o z reguły “typowych” (dosłownie z racji typu) problemach.
Moja wada jest dokładnie odwrotna.
A nie stosowanie się do wymogów tej “wady”, wprowadza porządek, którego z racji swojej natury, po prostu nie mogę zaakceptować.
Koło się zamyka, mam nowe powody, aby rozpocząć kolejny epizod, swojej i zainteresowanych ludzi “terapii przeciwdziałania porządkowi i rutynie”.
I nie chodzi o szerzenie jakiegoś emocjonalnego i myślowego chaosu, wręcz przeciwnie. Patrząc na efekty moich “rad”, czy zwyczajnie pieprzenia sam do siebie, nie tylko ja jestem w stanie stwierdzić, że ironicznie wręcz, niszcząc pewien pogląd, stwarzam drugi i tutaj znowu sobie przysłodzę – czasem nawet bardziej racjonalny, bądź W OGÓLE racjonalny w przeciwieństwie do jego poprzednika.

“Bla, bla, bla, poglądy, bla, bla, bla, problemy, bla, bla, bla, lubisz przeczyć, bla, bla, bla, przejdź do rzeczy skurwensynu”.

Aye, aye kaptin’!

Jak zwykle jest jakieś podłoże, tym razem są, aż dwa.
1. MIŁOŹDŹ I ZWIONZKI, ojejujeju porzygam się zaraz.
16sto letnia Kasia S. z Radomia i jej kłopoty sercowe.
WRONG – PRAWDZIWE problemy sercowe mają tylko dojrzali, ludzie.
2. Autosugestia – jeśli odpowiednio wmówię sobie, iż jestem wspaniały i zajebisty, będę – być może nawet nie tylko według mnie ?
3. Part of the Machine – będziem się pławić w rozżalaniu nad stanem rzeczy i rutyną codziennego życia. Niektórzy robią to regularnie, zróbmy to razem, rhobaki, biehdaki, racjonalnie(J)!

——————————————————————–

“Mój chłopak najpierw nalegał, abyśmy wreszcie zrobili to (wiecie co) razem, ale w pewnym momencie zmienił zdanie, czuję się odrzucona : ( Co robić Bravo! ? POMUSZCIE”

Na początek kup ogórka, byle nie pasztetową gdyż – (…)
*Zmiana taśmy*
Żartowałem, łohoho, uhuhu, ihihih, hoho.
Zadano mi w sumie nie raz, nie dwa, bardzo wiele, wcale-nie-prostych pytań odnośnie tego jak to jest być “dłuuuuuuuugo w związku”.
Przede wszystkim ciężko, ciężko również jest oceniać bardziej “generalnie”, nie jestem już może podwiekiem, ale nie mam też własnej rodziny i 30stki na karku, dlatego dla pewnych osób moje zdanie będzie się gówno liczyć, ale przecież nie czytają tego ludzie koło 30stki, prawda ?
Ogólniej, mógłbym stwierdzić, że z czasem trudniej, z czasem łatwiej i tak się toto giba.
Ale jeden schemat zdaje się powtarzać, schemat istnienia, którego będę bronił.
Troszkę jadziku być musi, obligatoryjnie, więc przywalę się do stereotypu.
To kobiety uważane są za te “romantycznie” podchodzące do sprawy.
I owszem, w pewnych aspektach miłosnych bzdetów,
są NIEZWYKŁYMI roman-tyczkami, aż do przesady wręcz.
Ale jest coś w czym z reguły mogą nam facetom
jedynie pogratulować, niestety mogą nas też za to nienawidzić.

Kiedy facet pokocha kobietę, kiedy nastawi ten swój “górny, a nie dolny łeb”, na ciągłe myślenie o danej kobiecie.
Gdy jego umysł (nie, nie serce, ty romantyczna pierdoło) przepełnią żywione do tej kobiety uczucia, troski i chęci zapewnienia bezpieczeństwa, pomocy, chęci kontaktu i wreszcie przeżywania życia razem.
To wtedy facet jest nie do powstrzymania.
Dopóki trwa w tym przekonaniu, zrobi wszystko.
Staje się wtedy pieprzonym Kolumbem, ale nie na wielkiej galerze, a na malutkiej łódeczce, ba – na kawałku deski pośród sztormu.
Potrafimy być popieprzenie chorzy na punkcie ukochanej.
Dlaczego nie przypisuję takiego zachowania kobiecie ?
Bo to kobieta jest “zdobywana” i dopóki ma się to tak, a nie inaczej, ma dosłownie, z logicznego punktu widzenia, mniej powodów, aby w ogóle myśleć w sposób “zrobię dla niego WSZYSTKO – WSZY-STKO”.
A nawet jeśli już zacznie myśleć w ten sposób, to i tak będzie to zaledwie reakcją na taką postawę u mężczyzny.
Tak już to wszystko między nami działa, iż kobiety bardzo rzadko działają w takim przeświadczeniu, jeszcze rzadziej jako pierwsze.
Ale nie winię ich za to – ani trochę.
Uważam, że tak być powinno.
Mamy więc faceta gotowego dla kobiety skoczyć w ogień, a reakcją kobiety jest raczej aprobata takiego “oddania”, a nie własna chęć skoczenia w ogień za facetem.
Powtórzę – nie mówię, iż kobiety nigdy nie angażują się aż do tego stopnia, ale wystarczy się chwilę zastanowić, aby stwierdzić, że to rzadkość.
W każdym razie opisałem zależność.
Teraz jej dobre i złe strony.
Zalety to oczywiście, spotęgowanie uczucia.
Taka postawa, wiąże się z okazywaniem uczuć, troską, deklaracjami o zapewnieniu wspólnego szczęścia, bla bla wiadomo, zostanie doceniona. Sprzyja budowaniu więzi, zapewnia jakieś poczucie przynależności, bezpieczeństwa.

Niestety, w niektórych przypadkach, intencje i oddanie faceta wydają się nieszczerze (być może są), nieatrakcyjne, albo zdają się świadczyć o możliwej słabości i zostają wyśmiane, odrzucone – czasem słusznie, czasem nie.

Czasem facet jest debilem, samcem i jego chęć oddania przerodzi się w chęć “posiadania”, ale niektóre są jebnięte i lubią bad-boyów, albo bycie “posiadaną” niczym rzecz.
W końcu wśród zwierzątek, są bardzo różne zwierzątka.

Weźmy sobie teraz tą sytuacje w, której facet jest naprawdę szczerze oddany, a kobiecie to imponuje i cała ta otoczka pozwala budować coś sensownego.
Jaki z tego pożytek ? Otóż – tutaj pójdę na łatwiznę, takiej pannie pozostaje to po prostu docenić i nigdy nie postąpić tak, aby faceciwo straciło to nastawienie. Innymi słowy nie spieprzyć mechanizmu.
Facet, jako drugi równie ważny trybik takiej machiny, musi się cały czas starać o to samo.

I BAM ot cała prawda
(czy tam teoria dla tych co
“sorry ale się nie zgadzam, bo ja yyy nie poczebuje oddanego faceta, bo ja jestę niezaleszna i wogle to jestes gupi i ic spac)

Nie jest oczywiście tak prosto i różowo jak to opisałem, można mi się zaraz dowalić “no a co kiedy [tu taka i taka sytuacja]“,
ja opisałem ogólnie mechanizm, generalizowałem, nie mam ochoty się rozwodzić nad wszelkimi możliwymi zależnościami między facetem, a kobitką, nie chce mi się po prostu i nie widzę sensu.
Naszkicowałem coś co chyba ogólnie się sprawdza i działa,
AMEHRYKI KUHWA nie odkryłem, ale być może przypomniałem o czymś, o czym zapominamy od czasu do czasu.
Plus odpowiedziałem jednorazowo na wszelkie zadane mi pytania odnośnie tego jak być długo razem.

——————————————————————–

Autosugestia

Dariusz Sz. stoi przed lustrem w swojej nowej koszuli za chuj wie ile i powtarza sobie, iż jest zajebisty, tak długo, że z czasem zaczyna zachowywać się jakby naprawdę był zajebisty.

Mateosz Chu. w chwilach kryzysu modli się do Bogełe, pochodzi z biednej rodziny, której życie jest niezwykle ciężkie, nie raz jest tak zdesperowany, że podczas modlitwy w głowie kołacze mu się milion myśli, jego mózg jest na nich tak skupiony, że zdaje się nie słyszeć już nic innego, tylko słowa swojej modlitwy, a jednocześnie jego własne myśli, które zdają się odpowiadać… O SKURWENSYN Z BOGEŁE ROZMAWIOŁ

Najpierw poznęcam się nad przypadkiem Dariuszka.
Jaki się nasuwa pierwszy wniosek ? Czy ktoś tak jak ja, widząc taki opis czynności Dariusza i następnie jego zachowania (btw znacie takie osoby na co dzień przecież) zastanawia się jakoś tak samoczynnie nad ich przyczyną ?
Przyczyna jest jasna, kompleksy Dariuszka.
Dariusz JEST w jakiejś kwestii ciptokiem – może chodzić o cokolwiek, ogólne niepowodzenia w życiu, “karierze”, pracy, niską samoocenę, wpływ innych ludzi/rodziców, problemy sercowe.
Dariusz jest niestety najgorszą możliwą ofiarą autosugestii, bo zasugerował sobie jedynie, iż jest zajebisty.
Coś z wymienionych wyżej rzeczy go do tego zmusiło,
a zasugerował sobie tą jedną rzecz, myśląc, że pozwoli mu to poradzić sobie ze swoimi głęboko skrywanymi, wewnętrznymi problemami.
Niestety tak nie jest, zasugerował sobie o wiele, wiele za mało.
Powinien się uczyć raczej od katoli, ale o tym za chwile.
Dariusz doprowadził do tego, iż jego normalne zachowania, te “prawidłowe”, dostały jeszcze drugi zestaw “tych zajebistych”, czy raczej tych, które mają świadczyć o jego “zajebistości”,
niestety wśród tych zachowań, jest bardzo wiele przejawów tego iż to nieprawda, a coś co nie jest prawdą, często nie jest w stanie prawidłowo funkcjonować.
W efekcie Dariusz często zachowa się jak cwel, myśląc iż takie zachowanie będzie “zajebiste”, niestety to jedynie jego pogląd, gdyż Dariusz nie jest “naprawdę zajebisty” i domyślnie z tego powodu nie wie jakie zachowania są również “naprawdę zajebiste”.
Dariusz oszukuje sam siebie, i nie raz wkurwia tym innych. Autosugestia źle zaaplikowana jest – ZŁA.

Dariusz jest UMYŚLNIE bardzo złym przykładem, bo ma po prostu pokazać tą baaardzo nieudolną autosugestie – dlatego on sam musi być nieudolny, mógł sobie przecież zasugerować iż będzie dobrym i pracowitym człowiekiem.

Teraz Mateosz.
Mateosz zaaplikował sobie o wiele lepszą autosugestyję, gdyż zawiera ona jakieś bardziej skomplikowane “podwaliny”.
Mateosz korzysta z pewnych opracowanych już wcześniej, przez kogoś innego fundamentów.
I z racji tego, i całego prania mózgu jakie Mateosz przeszedł w tej kwestii, od momentu gdy zaczął pojmować jakiekolwiek koncepcje religijne, jego autosugestia BĘDZIE działać.
Będzie mu możliwie chociaż odrobinę pomagać w najcięższych momentach.
Nie zmienia to faktu iż Mateosz i tak będzie czuł się jak gówno, w którym pływa, bo przecież aplikuje swojemu umysłowi “emocjonalne placebo”, a nie prawdziwe remedium na jego problemy.
Niemniej jednak, mało co odwiedzie Mateosza od wierzenia w działanie swojego placebo.
Być może w końcu zwątpi ze względu na słaby efekt tego placebo, może stwierdzi że aplikuje go za mało
(MODLYCZ SIEM WINCYJ, OEZU WSPOMUSZ ŁASKO),
być może przyjdzie taki moment w którym z jakiegoś powodu, zacznie się zastanawiać i stwierdzi, że jest kontrolowany, że jest kontrolowany przez jakąś koncepcję, przez “wymysł”, “teorię”…

——————————————————————–

Rutynowy stan rzeczy, UŻALOWYWACZ.
Tak właściwie to chyba zmienię pogląd.
Rutyna, rutyną, ale jednak w swoich, niezrozumiałych życiach przechodzimy przez “fazy rutyny”.
Dla niektórych z dnia na dzień wygląda to tak:
- jest fajnie
- jest fajnie
- jest fajnie
dla innych tak:
- jest nudno
- jest nudno
- jest nudno
a dla jeszcze innych tak:
- biednemu zawsze chuj w plecy
- chuj mi w twarz chce umrzeć
- rozmaite chuje mnie we wszędzie, gdzie te żyletky ?

(Disclaimah:
“Chujowa rutyna” jest urozmaicona dla żartu.)

Załóżmy teraz, że pierwsza rutyna to punkt A, ostatnia C.
Miałem się zastanowić nad czymś zupełnie innym, ale nagle dotarło do mnie, jak BARDZO, często JEDNO wydarzenie potrafi przesunąć, czyjąś rutynę z punktu A do C i wszelkie rutynowe zdarzenia,
które WCALE, a wcale nie wpływały przygnębiająco na osobę, nagle takie się stają.
Przehraaaża mnie rhobaki, biehdaki, fakt, iż tak łatwo da się szafować swoją rutyną,
i ze statusu quo – jest fajnie – gdzie można spokojnie funkcjonować, przejść do tego ostatniego.
I nie chodzi koniecznie o jakieś straszliwie wydarzenia typu umarł mi ktoś ze starych, rzuciła mnie dziewczyna.
Naprawdę nawet najmniejsze bzdety potrafią przesunąć tą skalę w prawo.
Ekstremalnie łatwo jest też spaść z punktu A do punktu B, nawet jeśli nie wydarzyło się nic ukonkretniającego ten upadek, czasem po prostu za długie trwanie w rutynie A, bez wyraźnych zmian, powoduje upadek do punktu B.
I tak źle i tak niedobrze, żyć należy barwnie w takim wypadku, aby nie zrobić z własnego życia wegetacji.
Niestety, czasem nie ma środków/pomysłów.
Stety, czasem wystarczy ta “wegetacja” aby utrzymać się w punkcie A i momentami spadać do B, bądź C.

Chyba nie napisałem nic ciekawego, sam nie wiem.
Może muszę się rozgrzać kilkoma tekstami, aby wrócić do swojego dawnego poziomu (podpoziomu), może tak naprawdę nie miałem “weny” i tylko tak mi się wydawało. Może minie równie dużo czasu, aż znowu coś naskhrooobam (musisz je tak skhroobać, bo jest kurwa zimne)
Pisząc, nawet nie czułem się tak samo zaangażowany jak kiedyś.
Starzeje się czy kurde co… albo jestem w punkcie B… o kurwa jestem w punkcie B, ZENON KURWA, NIE – ZNOWU.

Nightclubs in the fucking streets, PAAAAART OF THEEE MAAAACHIIIINEEEEEE, one within you, can’t get out, people moving by…


So far away…

•Czerwiec 25, 2010 • Dodaj komentarz

Ziemia drży w podwalinach, spalona słońcem, zmyta deszczem,
W powietrzu daje się czuć nikły zapach, budzącego się życia.
Wiatr śpiewa o zapomnianych dziejach, napawając melancholią,
Zieleń razi strudzone oczy, gdy mdława pomarańcz nieba tłumi zmysły…

Sen… w betonowej klatce, w mroźnej rutynowej głuszy
Nie jestem tym czym powinienem być, nikt nie jest,
Sen… zapomniana kraina, obiecana przez Matkę,
Wspomnienie świata, jego ostatni krzyk zaklęty w ludzkiej duszy

To nie mój dom. Zbudowaliśmy machinę swojego niewolnictwa, mordując wszelki kontakt z przeszłością, z naturalnym pierwowzorem, z przeznaczeniem.
Wszystko gnije, pozostaną tylko betonowe samotnie.

——————————————————————————————–

Wybrano idiote na prezydenta, mniejsze zło spośród idiotów, nie mam neta, ale niedługo może będę miał, wszystko płynie, w szambie.
A ja dryfuję niczym kostka bulionu w rosole rzeczywistości.
Pozostaje czekać, naiwnie i beztrosko.

“Ogrody życia” i pięć litrów dobrego samopoczucia.

•Marzec 10, 2010 • 1 komentarz

SOUNDTRACK:

DISCLAIMER:
Od razu powiem, będę się użalał, niby rozważał, ale użalał się ile wlezie.
Jeżeli masz zamiar wypominać mi od ofiar losu, nie czytaj dalej.
Jeżeli jednak identyfikujesz się z tym co przeczytasz dalej i przyznasz mi się do tego, obiecuję, że następnym razem kiedy się spotkamy, czule Cię przytulę.

——————————————————————-
Strach, niemoc i gniew. Wbrew pozorom stale towarzyszą mi od chwili kiedy jestem w stanie świadomie rejestrować to co dzieje się wokół mnie.
Czy życie wyznaczane takimi emocjami, przepełnione nimi od początku, można w ogóle rozpatrywać w kategoriach “dobrego” ?
Wybrałem złą kolejność.
Wszystko jest ze sobą niestety jakoś powiązane.
Zaczęło się od gniewu, zaszczepiono go we mnie skutecznie i niemal nieświadomie z mojej strony, przez obojga rodziców.
Pierwsze z powodu niemocy i żalu, drugie z frustracji.

Pisząc to robię przerwy, aby warczeć i drzeć ryja jak wariat, i nie obchodzi mnie, że takie zachowania postrzega się jako oznaki jakiejś psychozy i niezrównoważenia.

Tak, jestem niezrównoważony. Starałem się sobie z tym poradzić odkąd pamiętam, ale tak jest o wiele łatwiej.
Jeszcze nie pojmując co dokładnie robię i jakie będą tego konsekwencje, na wszystko reagowałem gniewem i wszystko załatwiałem gniewem.
Zaślepiał mnie tak bardzo, że nawet kiedy już jak tako pojmowałem, różnicę pomiędzy “dobrem” i “złem”, nie miało to dla mnie różnicy.
Gniew dawał siłę, pozwalał radzić sobie z pewnymi rzeczami i liczyło się tylko to.
A w momentach kiedy okazywało się, że gniew nie wystarczy, albo, że konsekwencje są niewspółmierne do benefitów, niczym władca wojsk, wysyłający kolejne tysiące na śmierć, zdziwiony, że ilość nie przekłada się na jakość, że wszyscy i tak giną, odczuwałem jeszcze większy gniew.
Jakością był racjonalizm.
Wolałem ilość, coraz większe pokłady gniewu.
Idźcie wszyscy, milionami, na śmierć.
Nie rozumiałem.
Albo podobało mi się to na co patrzyłem.

Samotność również pojawiła się bardzo wcześnie.
Nie wiem do, którego roku życia powinno się spędzać jak najwięcej czasu z dzieckiem i jak duży może mieć to wpływ.
Ale nienawidziłem być sam, a byłem sam już od małego.
Puste ściany i cisza, były jednocześnie przerażające i ogłupiające.
Nie wiedziałem co zrobić z samym sobą, do głowy przychodziły mi same chore myśli.
Zdawało się, że tamto mieszkanie to więzienie, studnia bez wyjścia, do której kiedy tylko nikt nie stoi na górze, pośpiesznie wkrada się coraz więcej cienia, istot nasuwających chore myśli, przekazujących negatywne emocje.
Z tym również bardzo ciężko było sobie poradzić, bo samotność potęgowała gniew i niemoc.
Miałem ochotę na wszystko co niemoralne, miałem ochotę rozpieprzyć całe to mieszkanie, dobrze, że bałem się konsekwencji, że myślałem jeszcze jako tako racjonalnie.
Ale nie raz całkiem pokaźnie je zdewastowałem tu czy tam, robiąc coś durnego.
Potem zbierałem za to baty i w gniewie, krzyczałem w myślach, że nikt nie rozumie, że to nie moja wina, że to przez to, że byłem sam.
To wina samotności, nie moja.
Myśleć w ten sposób było łatwiej.

Niemoc.
Pojawiła się równie szybko co gniew i samotność, jako ich efekt.
Uczucie bycia kompletnie bezwartościowym, otaczająca mnie rzeczywistość totalnej katastrofy wychowawczej, ogromna zazdrość, o “normalne rodziny”, żal i znowu oczywiście stary przyjaciel, podszeptujący, że to nie moja wina, że to wina wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają, że należy się zemścić.
Gniew dobrze wiedział jak sprawić abym poczuł się lepiej.
Niemoc go wspierała. Ilekroć pojawiała się przy mnie samotność, zjawiała się ona, a potem on.

I tak siedzieliśmy sobie sami w trójkę w mieszkaniu.
Czasem, np w szkole, czy na podwórku, towarzyszyło mi tylko jedno, lub dwoje z nich.
I byli w stanie nieźle namieszać w tym skołatanym umyśle, spowodować bardzo wiele nieprzyjemnych konsekwencji.

Czasami, kiedy wreszcie docierało do mnie, co ze mną robią, i jakie są ich intencje, że tak naprawdę jestem oszukiwany, motywowałem się wreszcie się im przeciwstawić.
Starać się oszukać samego siebie, uśpić któreś z nich, aby nie zawołało reszty.
Niestety nie zawsze mi to wychodziło.
Bardzo często miałem dość, walka z nimi była po prostu zbyt trudna, a co najgorsze, zdawała się nie mieć sensu.
Gniew kusił lepszym samopoczuciem, otępiałością na ból, jak ktoś kto proponuję heroinę.
Bardzo często ulegałem jego naleganiom.
A potem żałowałem.

W pierwszej klasie liceum, po tym kiedy razem w trójkę wyszaleliśmy się należycie przez 9 lat, za namową dyrektorki, psychologa, pewnych osób (i tak wszyscy nie mieli dla mnie znaczenia, byli po prostu w stanie przekonać mnie do podjęcia jakichś działań, i niestety nie racjonalnie, ale poprzez zastraszanie, ultimatum) zdecydowałem zacząć radzić sobie z gniewem.
Ale otoczenie nie pomagało. Wszyscy utrudniali tą sytuację, podsycając moich “przyjaciół”.
Znowu oszukałem samego siebie, myśląc, że uwolniłem się chociaż w pewnym stopniu. Nic z tego, byli tam tak samo silni jak wcześniej, a ja po prostu nauczyłem się od nich uciekać, zamiast się im przeciwstawiać.

Tak wiele zawsze przemawia za tym, aby kierować się emocjami, aby nie działać racjonalnie.
Wszystko, wszystko szepcze mi do ucha, odpyskuj, powiedz co myślisz i czujesz, przekaż to w formie najczystszego jadu jaki jesteś w stanie z siebie wydobyć (ale czy naprawdę tak myślę ?), uderz, rozpieprz, zwal winę za swoje niepowodzenia na innych.
Nie jesteś niczemu winien, to wszystko “ich” wina.
Co z tego, że nie umiesz tej winy sprecyzować.
Umiesz. Subiektywnie, naginać, przeinaczać to co słyszysz i odczuwasz, tak aby to rzeczywiście była “ich” wina.

Szkoda, że nauczono mnie żyć w ten sposób, i że się do tego przyzwyczaiłem.
Szkoda, że nie można wejść do jakiegoś sklepu i powiedzieć:
“Dzień dobry, poproszę 5 litrów dobrego samopoczucia i tyle kroplówek motywacji ile zmieści mi się do plecaka”.
Szkoda, że nie jestem w stanie znieść widoku ludzi, których życie się układa, że porównuję się do nich, wmawiając sobie potem, że nie jestem materialistą, a oni są, że są egoistycznymi hedonistami, a ja nie jestem winien za swoją sytuację.
Że tak zazdroszczę czyjegoś ogrodu i zamiast wziąć do ręki szpadel, wolę rzucić go osobie obok w głowę, czyniąc wyrzuty, że tej osobie ktoś jej ogród zbudował. Że nie męczy się tak jak ja, że nikt jej nie przeszkadzał. Dlatego ja chce przeszkadzać, niszczyć.
Być jak nowotwór, który pojawia się nagle i po prostu niszczy komuś życie.
Dlaczego ? Dlatego.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.